03.07.2017

poleciałam do kenii cz.1


Zacznę ten post takim własnym przemyślunkiem: Pewnego chyba słonecznego dnia po prostu zdecydowałam przestać czekać. Na kogoś. Przez lata oglądałam się za kimś z kim mogłabym dzielić najlepsze chwile w życiu. Potrzebowałam kogoś, kto nareszcie wziąłby mnie za fraki i rzekł: zbieraj manatki, idziemy zrobić coś fajnego. I wiesz co się okazało? Ano to, że tym kimś jestem JA.

Zatem postanowiłam wyjechać... do Kenii (tak, to ten kraj w Afryce). Sama. Z paszportem w ręce, łzami w oczach i torbą wypełnioną marzeniami.

Utraciwszy czucie w tym na cztery litery, wychodząc z samolotu po 10-godzinnym locie usłyszałam pierwsze Jambo! (w suahili: Cześć!) na czarnej obczyźnie i nabrałam w płuca gorącego powietrza o zapachu herbaty roiboos. Wtedy jeszcze nie miałam pojęcia, że wdycham wolność.

Na miejscu szkoda mi było czasu na sen. Szybko szłam spać, aby wstać jeszcze szybciej, bo każdy nowy dzień mógł oznaczać tylko jedno: będzie super. Na pewno wydarzy się coś zaskakującego, tak innego i ciekawego, że szok! No i bardziej... kolorowego. Całkowicie, zupełnie i w pełni obiektywnie rzecz biorąc, wszystko tam ma inny kolor. Żywszy i weselszy jakiś taki.
Gdziekolwiek jadę, najważniejsi są dla mnie ludzie. Co jak co, ale to oni współtworzą wyjątkową atmosferę miejsca i są najbardziej fascynującym obiektem... do fotografowania! Latanie jak nienormalna z aparatem w rękach i celowanie ludziom w twarz to takie moje hobby wyjazdowe, ups... A polecieć do Kenii bez aparatu to jak jechać samochodem bez kół. No ni dy rydy, po prostu no nie.


Hakuna matata

Hakuna matata to nie byle bzik. Jakby akurat takiego bzika miał każdy z nas, na świecie żyło by się całkiem miło. Hakuna matata to nic innego jak "nie ma problemu". W Kenii z niczym nie ma problemu. A nawet jak jest, bo jest - bieda i to ogromna, to i tak nie ma.
Pewnego popołudnia, po zjedzeniu hotelowego lunchu w ilości przeznaczonej dla stada bawołów aniżeli rudowłosej turystki sztuk jeden, po zajadłych negocjacjach cenowych (z 20$ na 2$ - przeczuwam obiecujące perspektywy kariery jako negocjator) pojechałam tuk-tukiem, albo może raczej poturkotałam z prędkością jakiej nie powstydziłaby się rakieta kosmiczna, do pobliskiego Shopping Center w wiosce Diani. Wytrzęsło srogo, akurat na tyle, żeby po powrocie zmieścił się w brzuszku drugi lunch. Tam trafiłam do sklepiku niejakiej Elisabeth i stało się coś magicznego. Zanim się spostrzegłam, spędziłam tam ponad godzinę rozmawiając z tą zupełnie przecież obcą kobietą, urodzoną na innym kontynencie, żyjącą w kompletnie innych realiach o podejściu do życia. Elisabeth powiedziała: Ja nie wiem co będzie jutro. Żyję tym co mam teraz i cieszę się z tego. Mam rodzinę. Ludzie pragną więcej, niż tak naprawdę potrzebują. Elisabeth na studiach nie była, a jest mądrzejsza od setek magistrów razem wziętych. Ta Kenijka samotnie wychowuje córkę, której stara się zapewnić dobry start sprzedając pamiątki w swoim sklepiku. Bo tam jest tak: żeby się waliły ściany w chałupie i wszyscy chodzili bez butów, dzieciaki dzielnie, codziennie maszerują do szkoły, czasem przez długie kilometry, czasem boso po tej czerwonej ziemi, ale w wypranych świeżo mundurkach. Zaoszczędziłam na tuk-tuku, ale przepłaciłam za naszyjnik. Z przyjemnością. Powiedziałam jej tylko: Masz. Niech Twoja córka idzie na ten uniwersytet.
Mamy uczelnię za darmochę, ale na wykłady nie chce się chodzić. Mamy pierdylion możliwości znalezienia roboty. Na łeb nam nie kapie z sufitu, a dramatem piątkowego wieczoru jest to, czy zjemy pizzę z pieczarkami, czy z salami. Mamy rodzinę, z którą tradycyjnie się żremy na Wigilii i związek, o który odechciało się starać po paru miesiącach. Mamy naprawdę wiele. Komuś kto wykminił co następuje ewidentnie nie poszło - posiadasz coś w życiu, ale żeby docenić tego wartość, najpierw musisz to stracić. Kenijczycy mają tak mało, że nie mogą sobie na to pozwolić i dlatego właśnie szanują wszystko co mają. W czasach nadmiaru, żądzy posiadania rzeczy, których wcale nie potrzebujemy i wiecznego niedosytu, mamy tak wiele, że nie potrafimy ustalać priorytetów i ostatecznie gubimy się w tym gąszczu nie wiedząc czego w życiu chcemy najbardziej. Stwarzamy problemy, popełniamy błędy i jesteśmy nieszczęśliwi. A oni są szczęśliwi, gdy mogą jeść maniok w chałupce pokrytej palmowymi liśćmi w otoczeniu ludzi, których kochają.
Naucz się tych dwóch, radosnych słów.








Elisabeth




To jest Afryka, tu drzwi się nie zamyka

Chyba że się boisz, że stado małpiszonów zrobi sobie bananowe party na twoim hotelowym łóżku. I słusznie, bo tym razem to właśnie ze strony człowieka w Kenii raczej nie masz się czego obawiać. Nie gadać z miejscowymi i nie łazić samemu na plażę, mówili. Przesadzali. Oczywiście polazłam, stąd wiem. Ludzie są mili. A jak ty jesteś miły, oni też będą. Taka uniwersalna karma. Dobiwszy targu uśmiechnęłam się i rzekłam: "I trust you" i wtedy od tego Kenijczyka, z którym to właśnie umówiłam się na snorkeling na rafie, usłyszałam następujące słowa: Nie bój się, nikt nie ucieknie z Twoimi pieniędzmi. My chcemy zrobić coś dobrego. Dlatego możesz zostawić na środku swój aparat i przypomnieć sobie o nim wieczorem, a on nadal tam będzie leżał. Może faktycznie z wyjątkiem plaży. Albo buchnie Ci go jakiś głupi pawian. Zupełnie jak w Polsce.
W pewnym momencie miałam już swoich kolegów na plaży i pewne towarzystwo do popołudniowych spacerów brzegiem oceanu. Spytałam jednego z nowych znajomków, dlaczego jest w tym kraju tak jak jest. Odparł: Proste. Nie ma pracy. No tak, stąd popularnym obrazkiem, który zauważysz w kenijskich wioskach są grupy siedzących całymi dniami pod sklepami i barami. Nie mają zajęcia zwyczajnie i właśnie niekoniecznie jest to spowodowane tym niby sławietnym murzyńskim lenistwem. W Mombasie, czy Nairobi, jak to w miastach, życie wygląda inaczej, ale większość społeczeństwa żyje jednak w ubogich wioskach. Nigdy nie zapomnę jazdy na Wasini, rajską wyspę położoną w morskim parku narodowym Kisite, gdzie wzdłuż plaży rosły drzewka mango i baobaby; gdzie widziałam delfiny i spełniłam marzenie o rafie koralowej. To była najpiękniejsza droga jaką w życiu jechałam. Czerwona gleba kontrastująca z soczystą zielenią palmowych drzew chylących się nad drogą i prawdziwe życie w kenijskiej wiosce. Nie planujesz przypadkiem budować jakiejś fabryki, ktoś coś? To już wiem gdzie ją postawić i mam dla Ciebie załogę.
Nie dziwota więc, że Kenijczyk chce sprzedać wszystko co się nadaje do sprzedania. Upierdliwe, ale nieszkodliwe. Jeśli nie z uprawy mango (bo to takie tamtejsze jabłka), przeciętny Kenijczyk utrzymuje się z drobnych usług. Ale rozumie, że jak będzie nieuczciwy, więcej na tym straci niż zyska. Targowanie jest elementem obowiązkowym i potrafi trwać długie minuty i czasem, aż mi było człowieka szkoda. Pan płakał jak sprzedawał mi hebanowe słoniki. A ja razem z nim, bo były takie cudne.























Czarne jak ... heban

Mam takie zboczenie, że jak idę do kogoś do domu pierwszy raz to oglądam mu ściany. W sensie, że wiesz, patrzę co na nich wisi. Sztuka to coś co zawsze mi w duszy siedzi i potrafię się rozmazgaić jak widzę coś pięknego (myślałam, że się utopię we własnych łzach w masce do nurkowania, gdy ujrzałam rafę). W Kenii zgodnie z przewidywaniami zachwyciłam się rękodziełem. Drewno różane, tekowe, mahoń i heban. O tych dwóch ostatnich słyszałam tylko tyle, że jest z nich ładna podłoga i że trzeba wygrać najpierw w totka żeby taką mieć, a oni tworzą z nich prawdziwe cuda. Tylko nikt ich w tej mombaskiej fabryce rzeźby drewnianej Akamba nie nazywa artystami. Umiesz narysować z pamięci hipcia, żyrafę, czy guźca? Ja nie. A oni potrafią i to wyrzeźbić, chociaż ASP nie kończyli. Szacun. Różanego słonika przywiozłam w główym bagażu.








Wszystkie zdjęcia z powyższego posta są mojego autorstwa.
Najlepsze kąski trzymam na później! Następny post pełen wspa-nia-łych zdjęć poświęcam... safari i rajskim krajobrazom Kenii! Post już niebawem! Czekajcie także na film! Śledźcie mnie na FB i INSTA, aby ich nie przegapić!

Dziękuję, że tu jesteś. Jeśli Ci się spodobał ten post, będzie mi miło jak zostawisz komentarz!
Patsycatsy

7 komentarzy:

  1. Bardzo ciekawy post:) wiele można się nauczyć podczas takiej wyprawy:)
    https://ladymademoiselle.pl

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję! Taki wyjazd zmienia życie.

      Usuń
  2. Wspaniale, że miałaś w sobie tyle odwagi, by polecieć w to miejsce sama. Gratuluję! To na pewno był poważny krok ku wyjściu z kolejnej strefy komfortu. Zdjęcia genialne, ale już nie mogę się doczekać kolejnego wpisu.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję Bartosz! Jeżeli pojechałam w nieznane 6,5 tys km od domu, to już nic mi nie straszne. O pojawieniu się drugiej części postu będę informować na Facebooku i na Instagramie! Nie przegap! Ściskam, Patsycatsy :)

      Usuń
  3. Gratuluję odwagi! Mało kto odważyłby się na coś takiego :) Piękna przygoda, której nie zapomni się do końca życia...
    Doskonałe zdjęcia, jakim aparatem zostały wykonane? I czy używałaś może filtra?
    Jestem ciekawa tamtejszej kuchni i co tam jadłaś, wspomnisz też o tym? :)
    Pozdrawiam!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję. Tak, wspomnienia na całe życie, zdecydowanie!
      Zdjęcia? Ha! Od 8 lat posiadam ten sam aparat i jest to Canon 450D, mój kochany dziadzio! To prawda, że przydałby się filtr polaryzacyjny, jednakże nie używałam żadnych filtrów przy wykonywaniu tych zdjęć.
      O jedzeniu na pewno przeczytasz w następnym poście! Śledź mój Instagram i Facebook, aby go nie przegapić! Pozdrawiam ciepło, Patsycatsy

      Usuń
  4. Super! Wiele ciekawych rzeczy można zobaczyć podczas takiej wyprawy! Fajne zdjęcia!

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Popular Posts

Instagram