05.07.2018

FITbreakfast: omlet truskawkowy lowcarb


Śniadanie na kolanie to nie moja bajka. Ale czasem trzeba. W przypadku wystąpienia takiego własnie najtragiczniejszego scenariusza z możliwych, gdy autobus do roboty odjechał 15 minut temu, a w brzuchu galopuje stado dzikich gazeli, omlet się sprawdzi, bo łan: robi się w tym samym czasie, co namalowanie na powiekach w pośpiechu dwóch krzywych kresek eyelinerem, tu: na zimno bywa również zjadliwy w przeciwieństwie do jajecznicy. Ten nie zawiera znaczących źródeł węglowodanów. Truskawki się nie liczą. O!

Składniki na 1 omlecior:

3 jajka
3 czubate łyżki wiórków kokosowych
1/2 miarki odżywki białkowej (dowolny smak)
kilka dużych truskawek/malin/borówek
olej kokosowy do smażenia

Zrób tak:
Jajka rozbełtaj trzepaczką wraz z wiórkami i odżywką na równomierną masę. Truskawki pokrój w plasterki. Masę omletową wylej na dobrze rozgrzaną patelnię z odrobiną oleju kokosowego. Teraz wrzuć na wierzch plasterki truskawek, maliny, czy inne owoce. Przykryj przykrywką.
Smaż na patelni NA MALUTKIM OGNIU aż jajka się zetną.
Koniec. Jedz jedzenie.

Podobny przepis na puchaty omlet z borówkami znajdziesz TU

Smakowało? Daj znać w komentarzu!
Patsycatsy


30.05.2018

roma amore mio


Co to za różnica jaka jest pora roku, w Italii miesiąc i tak się zmienia tylko w kalendarzu, a mandarynki na drzewach zawsze dają sobie świetnie radę. Na lotnisku słyszę: "Jak przyjadę z Rzymu o 5kg grubsza, proszę mnie nie oceniać". Koniec kropka w tym temacie. Siedzim, lecim, ciao ciao Warszawao!

Ok. Zjadłam. To gdzie teraz idziemy jeść?


Włochy, Republika Włoska (wł. Pizzaland) - państwo położone w Europie Południowej, na Półwyspie Apenińskim. Tak powinno brzmieć pierwsze zdanie opisu tego kraju w Wikipedii. Na serio, no nie gadaj, jak słyszysz Włochy, myślisz pizza. Co tam Papież, Koloseum i Michał Anioł... Człowiekowi ledwo po przekroczeniu granic tego kraju z automatu jakoś tak drugi żołądek wyrasta. Zmutowane wirusy w powietrzu, czy co? Dziwna to sprawa.
Bożunciu najsłodszy, co tu się dziwić, Włosi to ludzie żyjący w kraju parmiggiano reggiano płynącym. I to w cenie tylko 10 euro za kilogram. Tak właśnie wyobrażaliśmy sobie inaugurację pobytu w Rzymie - relaksacyjna kąpiel w parmezanie. Łazimy w kółko, korzystając z unijnego roamingu i guglamy miejsca, które na oko podołają nalotowi szarańczy z Polski. Wygłodniali lądujemy w zatłoczonej knajpie przy Koloseum, zamawiamy pizzę i lasagne. Siadamy na zewnątrz. Uwielbiam jeść na zewnątrz. Dziwnie mi było, bo nie musiałam chodzić w kombinezonie narciarskim jak to w Polsce chciałoby się zrobić w listopadzie. Żółciutka i okragła jak słoneczko picka pojawia się przede mną z prędkością światła. Biorę gryza, a serowa fala endorfinowa uderza mi do głowy. Cieniuśkie ciasto, sos pomidorowy i ser. Felicità i płynę tą rzeką szczęśliwości.



Chociaż i tak jeszcze naładowani kaloriami z wczoraj, w dobrych humorach lecimy w te pędy na śniadanie na dzień drugi. A czo to? Gdzie jajecznica na boczku, heee?! A no ni ma i nie będzie. Bo co kraj to obyczaj i zachowywać się w obcym kraju trzeba. Śniadanie się jada czasem. A jak już to nad gazetą, na stojąco i na głośno rozprawiając ze spotkanymi w kolejce po ciastko nieznajomymi. Rzymianie z umiłowania do przetworzonych węglowodanów, nazywają siebie mistrzami pasticcerii, które o zgrozo masz w ich mieście co 20 kroków. Zjadam oczami te wszystkie croissanty, bomboloni i sfogliatelle, ostatecznie wybieram tylko jedno, chociaż cierpię katusze i prawie obśliniam szybkę gablotki. Gdy dziękuję za podanie mi starannie wyselekcjonowanego kąska, sympatyczny pan zza lady powtarza do mnie jedyne dwa słowa jakie rozumiem po włosku, czyli "Grazie, Bella". Wszystko popijam obowiązkowo cappuccino. Czuję się jak prawdziwa Włoszka. Tylko bez płaszcza od Prady, ale daję radę.


Dolce vita.


Ponieważ jedzą ser i białą mąkę w skandalicznej ilości, są nie tylko uśmiechnięci, ale i szczupli. Diluj z tym. Takie włoskie geny albo przemiana materii podkręcona dostępem do światła słonecznego przez cały rok. Spoko, ja też nie rozumiem. Tak, czy siak, Rzym to nie miasto dla fit świrów, zwłaszcza, gdy zasuwasz rundkę wzdłuż Tybru i jedyne o czym marzysz to solidne panini. Ewentualnie jak nie na pasticcerię dwadzieścia cztery na dobę, na pewno trafisz na lodziarnię (sto) dwadzieścia cztery smaki. Umęczeni po całym dniu pieszych wędrówek wchodzimy do miejsca z szyldem "Gelateria" i... oczom nie dowierzamy! Jakież to piękne miejsce! Od razu zauważam, że to nie byle lodziarenka i to nie tylko po długości kolejki. Patrzę na to oddychające, przestronne wnętrze z wysokim sufitem i marmurowymi ścianami ozdobionymi stareńkimi fotografiami i plakatami. Przyglądam się plakatom -  od 1880 roku tradycyjna, wielopokoleniowa firma. Tak na marginesie, Włosi już mieli lody, my nie mieliśmy prądu. No! Ale wracając do kwestii ważnych, o ich cannolo, które napełniają ricottowym kremem na twoich oczach nawet nie wspomnę. I dziwnie się patrzą, jak mówisz, że chcesz lody bez bitej śmietany. Wiedzą, że jest per-fek-cyj-na i nakładają ją łyżkami. Weź ze śmietaną.
Potem mnie znów pogonili z powrotem wzdłuż rzeki. To było tzw. gelato guilt. Do tej pory wolę wierzyć, że jednak je spaliłam.

Gelateria Fassi, Via Principe Eugenio 65. To tam.


Ten włoski vibe.



Jadąc do Rzymu miałam o nim niebezpieczne wyobrażenia, których się naoglądałam na obrazkach. Można się rozczarować. Ale się to nie udało. Ani w przypadku wyjątkowego klimatu, ani syfu i tłoku w komunikacji, ani gości po czterdziestce wystrojonych w kaszmirowe szaliczki i markowe pantofle, ani w przypadku chrupkości brzegów pizzy, ani obecności jakimś cudem wciśniętych w kamieniczki restauracyjek, gdzie jada się przy maleńkim stoliczku z powiewewającym na wietrze obrusem w czerwono-białą kratkę. I tak ponownie wygłodniała szarańcza zdolna ogryźć do gołej kostki pół miasta zabłądziła między tymiże kamieniczkami w poszukiwaniu źródła żerowania i natrafiła na miejsce właśnie jak z obrazka. Gotował wesoły Włoch w białym fartuchu odstającym na jego wielkim brzuchu, obrusy były w kratę i porcje jak u babci wraz z deserem, którego wcale nie zamawiałam. Został postawiony bez słowa przed naszymi nosami, tak jak babcia dolewa ci sosu na talerz w niedzielny obiad nie pytając się nawet czy chcesz. Zapłaciliśmy z konkretną nawiązką, bo po pierwsze, zjedliśmy im całą miskę parmezanu i było nam wstyd, a po drugie chociaż najadłam się lazanią na zaś na trzy dni w przód, to miałam zamiar tam wrócić na drugi dzień na carbonarę. No dobra... i pizzę. I pachnącą zupę z soczewicy. I sałatkę z ośmiornicą. A, i nie oceniaj mnie, bo na wino też. Bierzcie wino domowe. A, i w sumie na najlepszą jaką jadłam w życiu frittatę z cukinią oraz tiramisu, których wcale nie zamawiałam.
Czuję się jak w domu. Albo nawet lepiej niż jak w domu, bo w domu mam praktycznie pusto w lodówce.

La Forchetta d'Oro, Via di S. Martino Ai Monti 40.


Ej, są tanie bilety, może one way ticket?


Były i Forumy Romanumy i Koloseumy i Watykany, czyli niezbędnik turystów, największej zarazy tego kraju, ale wolę zatrzymać się przy nieoczywistych obserwacjach. Jest jeszcze jedna, taka, że chyba pierwszy raz w historii mojego ponoć niezbyt jeszcze długiego żywota zdarzyło mi się przespać jedną noc w nieznanym mieście, aby rano wychodząc na zewnątrz i wdychając powietrze stwierdzić, że mogłabym tu mieszkać. Tak było z Rzymem właśnie. Zobaczyłam tylko jakiś 1% i mam niedosyt kurde. Przypadek? Nie sądzę.

A Wam jakie miejsca, które odwiedziliscie w życiu najbardziej zapadły w pamięci?






















24.02.2018

4 rzeczy które robi kobieta żeby zachować twarz pod jednym dachem


Jak głosi internetowa mądrość ludowa, dama nie puszcza bąków, dama szepcze w swoje majtki. Ale jak pokazuje samo życie, zdarza jej się i niechcący krzyknąć czasami. Wtedy wolałaby zapaść się pod ziemię i to byle szybko, zanim ten dźwięk odbiwszy się echem po cichym jak makiem zasiał mieszkaniu sprawi, że wzrok jej ukochanego pełen łez z rozbawienia się na nią skieruje. Wzrok co wypala blizny na długie, co najmniej, miesiące. Jak zatem żyć pod jednym dachem, gdy faktem jest, że nie ma nic lepszego od uczucia uwolnienia piersi z puszapów po 8 godzinach niewoli? On? On będzie zachwycony. Ty? Będziesz się chować pod rozciągniętym tiszertem do kolan z Heloł Kiti, bo cycki ci się majtają gdzieś w okolicy pępka i czujesz się przez to jak krowula-krasula.

Co zatem robisz kobieto, żeby Pan Twojego Serca nie odkrył, że tak naprawdę to co widzi za dnia to tylko pic na wodę fotomontaż, bo tak naprawdę gdy zaśnie przepoczwarzasz się w stwora co ma trzy pary oczu i sześć owłosionych odnóży? 

1. Wytrwale wyrywasz wszelkie ślady istnienia w twoich komórkach genów przodków gatunku Homo Sapiens
Sory lejdis, ale zasada "zima golenia ni ma" nie obowiązuje jakoś od początku lat 90 kiedy Gilette weszło na półki sklepowe z całoroczną dostępnością. Gdy dzieli się łoże z osobnikiem płci męskiej, który co wieczór kładzie do snu tuż obok ciebie swe pachnące, perfekcyjnie umięśnione ciało adonisa to już w ogóle. Nie ma gorszego wstydu, niż to, że przypadkiem poczuje ten jeden jedyny kłujący włosek, który jak na złość akurat musiałaś przeoczyć na swojej łydce nawet po tych trzech godzinach golenia z pomocą lupy, a już brońciępanieboże tam o, no wiesz gdzie, gdy wpadnie mu do głowy tak barbarzyński pomysł, jak przysunięcie się do ciebie na odległość mniejszą niż dziesięć centymetrów. Siedzisz, golisz, wyrywasz, płaczesz i apjać od nowa, a pot z ciebie spływa strumieniami. Szkła już w okularach masz grubości denka od słoika po kiszonych, a on w międzyczasie puka cichutko mówiąc do szpary w drzwiach, czy aby na pewno nie utopiłaś się w wannie. Tak naprawdę to nie robił siku od jedenastej rano, jest czternasta, a ty ciągle okupujesz łazienkę.

2. On nie jest jakiś Mark Darcy żeby kochał cię jak Bridget Jones, czyli "taką jaka jesteś".
No jaka ta ewolucja zmyślna, że wyposażyła kobietki w wyjątkowe zapasy zlokalizowane na udach i brzuchu na wypadek wystąpienia globalnego głodu. Na pewno już zobaczył gdzie wędruje ta pomidorówka, z której właśnie nieudolnie próbujesz wysiorbać kluski na wciągniętym brzuchu. Ciężko się pochylać nad tymi kluskami bez ryzyka ukazania całemu światu okazałych opon, bynajmniej nie mózgowych. Na pewno już je też widział. Twój wizerunek dziewczyny perfekcyjnej właśnie wchodzi w ostateczny stan agonii. Ciekawe ile nowych fitgirls z włosami do tyłka zaobserwował na instagramie?

3. Co miesiąc wkraczasz na prawdziwe pole bitwy
Nadszedł dzień. Ten dzień. Dzień comiesięcznego rozlewu niewinnej krwi i dowodu na to, że wasz seks z tego piątku sprzed dwóch tygodni, kiedy to w niezapamiętanych do końca okolicznościach nadużyliście we dwoje Absoluta kupionego w promocji w Auchan, ku twej uldze tym razem nie zaowocował powięszeniem populacji na metr kwadratowy zamieszkującej wspólną powierzchnię mieszkaniową. No i wtedy się zaczyna tajna akcja godna najlepszych scen z filmów o agencie 007.
Wzrasta czterokrotnie zużycie papieru toaletowego na szczelniejsze niż hełm astonauty pakowanie zużytych tamponów. Następnie bezszelestnie wyściubiasz łebek z łazienki. Siedzi? Siedzi. Ale wystarczająco daleko. No dobra, ryzyk-fizyk. Czmych! Wystrzelasz jak z procy najkrótszą trasą prowadzącą do śmietnika w kuchni dokładnie zaciskając w dłoni schowanej za plecami uzasadnienie dlaczego przez ostatni tydzień gadasz od rzeczy i wydaje ci się, że masz ostre jak brzytwa zęby rekina między nogami zamiast tego co zwykle. Zakopujesz tampon w śmietniku przykrywając go dokładnie papierkiem po trzystugramowej Milce, która zjadłaś na śniadanie. Dowód na to, że wykrwawiasz się co miesiąc i nie nadal nie umierasz na pewno utwierdzi go w przekonaniu co do twojej potwornej natury.

4. Najważniejsze żeby na opakowaniu było napisane "long-lasting"
Brak cycków? Noł problem. Puszap i jest D, czyli Duże jak Donice! Brak nosa? Noł problem. Pędzelkiem tu, tam i siam i voila, jest! Obgryzane paznokcie od czasów gimnazjum zaklei się hybrydą i nie będzie widać tak jak i brak kaloryfera pod tą wcalenietakbardzoprzezroczystą bluzeczką, który ewidentnie sam potrzebuje grzania, bo się schował pod kołderką z tłuszczyku jakby mu było zimno czy co. Patrzysz w lustro i pytasz osobę na przeciwko: cześć, a ty to kto? Wyglądasz lepiej niż na ślubie swojej siostry, a zapach twoich perfum da się wyczuć w promieniu 100m. Dobra, ful mejkap, gotowa do wyjścia. Tak było gdy pierwszy raz szłaś do niego na "film i wino", a parafrazując jak wszyscy doskonale wiedzą, na film w tle. Rano, jeśli miałaś szczęście zostać, witałaś go prawie tak piękna jaką cię ujrzał wieczorem. Wszyscy zdrowi, ty ok i on nadal w domu, a nie na oddziale intensywnej terapii pozawałowej. Celowo nie dokładałaś do zestawu obowiązkowego chusteczek do demakijażu. Procedurę powtarzałaś przez pierwszy miesiąc znajomości minimum. Teraz chyba nabył odporność. Albo... zabrakło mu słów. Już za późno.

28.01.2018

FITbreakfast: superowsianka z karmelizowanym bananem


Su su su... superfood! Ta owsiana jest wypchana wszystkim co się da, abyś po jej zjedzeniu świecił witaminową aurą niczym po napromieniowaniu w wyniku wybuchu bomby jądrowej. Rozgrzewa brzuch lepiej niż wrzątek. Zawiera karmelizowanego cieplutkiego banana. Komfort fud na zimę. Totalnie. Czek dys ałt.

Składniki na 1 porcję:
40g płatków owsianych górskich
2 łyżki puree z dyni (ugotowanej!)
szklanka dowolnego mleka roślinnego z kartonu
3 łyżki mleczka kokosowego z puszki
1 łyżka wiórków kokosowych
1 mały banan
1 łyżeczka miodu
1 łyżeczka oleju kokosowego

dodatki i przyprawy:
1/4 łyżeczki kurkumy
1/3 łyżeczki cynamonu
szczypta pieprzu czarnego
1 łyżka suszonej żurawiny
1 łyżeczka suszonej goji
1 łyżeczka nasion konopii
1 łyżka płatków kokosa
miechunka do woli
masło z nerkowców do woli
morwa suszona do woli
nerkowce do woli
orzechy włoskie do woli


Przygotowanie:
W garnku zagotuj mleko z mleczkiem. Dodaj cynamon, kurkumę i pieprz (niedziwne wcale, być tu musi, bo 1000krotnie zwiększa działanie kurkumy!!), wiórki, żurawinę, goji i płatki. Gdy się lekko rozgotują, dodaj dynię. Gotuj wszystko do momentu, aż się zagęści do pożywnej glajchy.
W tym czasie na małej patelni rozgrzej olej kokosowy. Banana pokrój w grube plasterki, połóż na patelnię i oblej miodem. Smaż na małym ogniu z obu stron aż się skarmelizuje.
Owisanę przelej do miseczki. Udekoruj bananem i dodatkami. Miechunka, nerkowce i reszta wesołej kompanii to moja propozycja na dodatki. W przypadku, gdy okażą się zbyt wyszukane/za drogie/nie lubię/nie bo nie, dodaj co chcesz, ale polecam gorąco mój pomysł!

A. I żryj gorące!



21.01.2018

#1/18 stylówka


Jezusku, jak ja się w zimie nie umiem ubrać to aż strach. Obywatele tej strefy geograficznej powinni otrzymywać darmowe vouchery na pobyt na drugiej półkuli w okresie piździernik-maj. Panie Duda, pomyśl pan o tym zamiast pińcet plus. Lepiej to zrobi dla kraju.
Najpierw stoję przed szafą pół dnia, tak do obiadu, jem obiad, bo obiad to ważna sprawa przy intensywnym wysiłku umysłowym, a po obiedzie drugie pół tegoż dnia spędzam na bezskutecznej próbie rozwiązania odwiecznego dylematu: czy mam wyglądać jak bułka owinięta śpiworem, ale przetrwam drogę do i z roboty, czy spektakularnie zamarznąć już na przystanku pod domem, ale przynajmniej zasłużyć na nagłówek w gazecie "Twoje Miasto" o tytule: "25-letnia ofiara mrozów w płaszczu Prady znaleziona na jednym z przystanków ZTM". Jak umierać, to przynajmniej z klasą więc wybieram opcję ciepłe majciochy cioci kloci (cicho sza) i dwie pary skarpet pod cienkie kozaczki. 

Focił: Lis

Mam na sobie:
płaszcz H&M second hand
swetro-sukienka second hand
torebka Burberry second hand
kozaczki no name
rękawiczki no name second hand
kolczyki H&M
oksy Mango










Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Popular Posts

Instagram